Debiut w maratonie: czy jesteśmy skazani na ból i mękę?

Dystans maratonu marzył mi się od dzieciństwa. Kiedy będąc w 4 klasie podstawówki nauczyciel WF-u zauważył we mnie pewne predyspozycje i zaczęłam startować w zawodach na 600 m, później 800 m, patrząc na mojego kolegę, który biegał w zawodach 1500 m, było dla mnie wielce niepojęte, jak można tyle biegać… Jak można biegać aż 1.5 KILOMETRA?! WOW! Maraton wówczas był dla mnie jakimś kosmicznym dystansem, który można pokonać ewentualnie na rowerze. Ale długo się nie zastanawiałam – wiedziałam, że kiedyś będę chciała to zrobić. 🙂

Do biegania zawsze podchodziłam zdroworozsądkowo. (No dobra, dwa razy poniosły mnie ambicje i szybko przypomniało mi się, czym jest pokora)! Tak więc i maratonu nie zamierzałam przebiec po kilkumiesięcznej przygodzie biegania na dłuższych dystansach (tj. 10 km i więcej). A ma to miejsce od lata 2013 roku.

Na samo zapisanie się na maraton miały wpływ moje dwie bliskie mi dziewczyny…;) To one mnie namówiły, bo ja wciąż powtarzałam, ze „chcę się dobrze przygotować” i odwlekałam to na kolejne sezony… W planach zatrzymałam się na wiośnie 2018! Ale one wiedziały bardziej niż ja sama na co mnie stać i wierzyły w mój udany debiut. (Dziękuję Ania i Kasia!)

Emocje ze mnie jeszcze nie opadły i będę przeżywać jeszcze długo – wciąż nie wierzę, że to się stało. Przebiegłam maraton- nie zaliczyłam – przebiegłam!

DSC04953

Czynne przygotowania zaczęły się w styczniu tego roku. Podczas świątecznej wycieczki po starówce Gdańska z inicjatywy Agaty z Biegowego Świata rozmawiałam ze wspomnianymi wyżej dziewczynami, ze jak osiągnę wynik 4:10-4:15, to będę w siódmym niebie. Wtedy Kasia powiedziała: „Co Ty! Łamiemy 4 godziny, przecież damy radę spokojnie!” No i… Zachęciła mnie do wyzwania, choć powiem szczerze, że na tamtą chwilę w głowie miałam jedynie „chyba oszalała, to nie jest realne na debiucie, nie ma szans!”. I od tego się zaczęło 🙂 Właśnie wtedy wiedziałam, że muszę to zrobić! Ba.. chcę, pragnę to osiągnąć! Debiut poniżej 4 godzin – to jest to marzenie!

Przygotowania zimą były nadto przyjemne. Byłam zaskoczona z jaką łatwością przychodzi mi trenować przeróżne dystanse podczas długich wybiegań, to co mogę osiągnąć na treningach interwałowych… Nie poznawałam siebie. Z jednej strony wierzyłam w siebie, że się uda, ale z drugiej strony miałam ciągle w głowie: „przecież jestem tylko zwykłą Magdą”. Wynik na półmaratonie w Gdyni (1:49:01) był pierwszym symptomem, który pozwolił mi uwierzyć w siebie, że mam ogromne szanse na planowany wynik w maratonie: 3:59:59. Że to może naprawdę się udać!

3. Gdańsk Maraton

17855162_1433465896726248_7636111535014861871_o

Co o samym starcie? Sama nie wiem, jak mam zebrać te wszystkie emocje, przemyślenia, wnioski…. Wciąż jestem lekko przyćmiona. 😉

Podsumuję więc: lepszego debiutu nie mogłam sobie wymarzyć! Zawsze myślałam, że debiut w maratonie musi równać się wielkim cierpieniom i ogromnym bólem. A tymczasem pogoda była idealna, nie mogliśmy sobie lepszej zamówić. Tempo dla mojego organizmu było optymalne, kondycyjnie byłam przygotowana perfekcyjnie! Wręcz można by pokusić się o stwierdzenie, że się obijałam i mogłam dać z siebie więcej. Jednak był kryzys między 39 a 41 km (ale nie nazwałabym tego słynną „ścianą”). Po prostu tak bolały mnie już nogi, czułam jakie mam spuchnięte stopy, miałam po prostu dość, ale zauważyłam, że zwolniłam tempo o 20 s/min, więc czym prędzej z powrotem przyspieszyłam do wyjściowego tempa. A’propos mojego tempa: bardzo spodobały mi się podziękowania znajomego, które pozwolę sobie zacytować:

” Grzegorz, Anna, Magdalena… daliście czadu. Grzegorz super wynik, Ania za walkę do końca… a Magdę nazywam od dzisiaj chronometr.” (pozdrawiam Sebastian!)

Okazało się, że przez cały maraton na punktach kontrolnych moje tempo wahnęło się najwięcej o 2 s/km. 🙂 To pewnie zasługa Pace’ów Zibiego i Andrzeja, z którymi zaczęłam bieg przez pierwsze 3-4 km. Później ze względu na „skrobanie marchewek” ze znajomym odbiegliśmy lekko do przodu i tak… Biegliśmy już razem do 35 km, gdzie Piotr ze względu na kolkę musiał zwolnić. Ja z kolei musiałam się trzymać swojej kadencji, bo inaczej byłaby… kaplica. Od tamtej pory biegłam sama.

Przeżycia? Były. Na trasie popłakałam się ze wzruszenia już na 35 i 40 km, haha! Ale opanowałam się szybko, bo blokowała mi się przepona i wpadałam w bezdechy – musiałam więc pozostawić emocje na metę. Tam wpadłam wraz z dwójką wspaniałych towarzyszy treningowych (Jarek, Ola – dziękuję!), a byliśmy poganiani przez naszego wspaniałego trenera Łukasza z Biegaj Z Głową, który podsumował idealnie 4-godzinne zmagania: „to jest WASZ finish”! A na mecie było mi już wszystko jedno… Wybuchłam. Puściły emocje… Miałam gdzieś to jak wyglądam 🙂 Przeżywałam to zbyt mocno, żeby się takimi rzeczami przejmować! Wpadłam na metę z ostatecznym czasem 3:57:16!

172.20.23.109_01_20170409130227805_TIMING

Jakbym podsumowała cały okres przygotowawczy i start w maratonie?
– polecam nie porywać się na start w maratonie bez odpowiedniego przygotowania i wybieganych w życiu kilometrów: naucz się pokory i z niej korzystaj. Maraton to inna bajka… Nie bez powodu jest królową dystansów. 🙂 …ale wciąż pozostaje piękną bajką do przeżycia!
– mój debiut był cudowny, wymarzony i zapamiętam go na zawsze! (szczerze? przygotowania były dla mnie tak ekscytujące jak przygotowania przed ślubem, choć te jeszcze przede mną 😉 )

Szczególne podziękowania załączam dla Łukasza i Marty, którzy dbają o moje przygotowania i treningi oraz dla Kasi, która była cały czas w gotowości i towarzyszyła mi podczas maratonu, a także dla Ani, która pomaga mi wierzyć w swoje możliwości! Dziękuję Wam! 🙂

17634573_1989167284639509_7949412891979167065_n

Jedna myśl na temat “Debiut w maratonie: czy jesteśmy skazani na ból i mękę?

  1. Dzięki za ciekawą relację, jednocześnie wzruszającą. Przeżywałam w trakcie czytania 🙂 Gratuluję maratońskiego debiutu, który stała się istotnie wielkim wyczynem 🙂 Czekałam na ten wynik Magdo …. Podziwiam 🙂

Dodaj komentarz