„Pokonać siebie” czy „poznać siebie”?

Zacznę od tego, że mój start w Olsztynie w triathlonie na dystansie olimpijskim był – jak to ostatnio mam w zwyczaju – spontaniczny. Debiut na dystansie dłuższym niż Sprint czy 1/8 IM. Znów dałam się namówić na coś, na co sama bym się nie zapisała ze względu na zbyt małą wiarę w siebie (dzięki Dariusz po raz wtóry!!).

A jak wyszło? Jak zwykle! Jak zwykle, gdy dam się namówić. Jak zwykle, gdy za mało wierzę w swoje możliwości. I jak zwykle – jestem zaskoczona. Zapraszam do szybkiej lektury o tym, jak bardzo potrafimy zaskoczyć… samych siebie!

W zasadzie doszło to do mnie dopiero podczas powrotu do domu, gdy w czasie rozmowy użyłam właśnie takich słów:

„Wiesz co? Podczas tego startu miałam okazję tak naprawdę poznać siebie, jaka naprawdę jestem.”

A najlepsze jest to, że to tylko namiastka tego, jakim człowiekiem jestem i wiem, że jeszcze nie raz siebie zaskoczę. 🙂

Od zawsze wiedziałam, że kocham sport, że spełniam się w pasji – tym się w życiu karmię. Wiedziałam, że coś tam we mnie drzemie, że jak chcę, to potrafię. Tylko zawsze brakowało mi tego czegoś, co ruszyłoby te pokłady motywacji.

Doświadczyłam tego pierwszy raz, więc nie wiem, czy to jest to, ale wydaje mi się, że chyba powoli to odnajduję… I chcę się z Wami tym podzielić!

Pewną dozę woli walki dopuszczałam we wczorajszych zawodach, ale nie liczyłam na nic wielkiego. Do tego strach przed okrutnie zimną wodą (w dniu startu miała 12 st. C, dla morsów to zupa, ale dla mnie kostnica!), w głowie miałam małą nadzieję na odwołanie pływania z powodu zbyt niskiej temperatury, bo wiedziałam, że bieganiem mogę coś tam ugrać, ale mimo wszystko jednak krzyczała myśl: „zapisałaś się na triathlon? To startuj w triathlonie, nie ma wymówek, że zimna woda!”. Całe szczęście to było echo rozsądku. 🙂 Bo przecież tak bardzo chciałam to zrobić – zadebiutować na dystansie olimpijskim!

18516397_1556599931031355_719756283_n
fot. Dariusz Drapella

Zapadła decyzja organizatorów. Pływamy! Jednak dystans 1.5 km został skrócony zgodnie z przepisami PZTri o połowę, czyli 750 m dla Olimpijki.

Przyglądając się fali startu dla dystansu Sprint, stałam przy brzegu jeziora. Czułam ten przerażający mnie chłód od wody… Skupienie i strach narastały, gubiąc gdzieś po drodze motywację. W końcu nadszedł czas, że i ja musiałam stanąć w piance na brzegu i odliczać sekundy do startu.

Zaliczyliśmy zapoznanie się z temperaturą wody 30 min przed startem – mimo tego że moje przerażenie wzrosło do poziomu maksymalnego, to był bardzo dobry wybór. Zostały 4 minuty do startu. Wycofałam się z pierwszej linii od znajomych, życząc im serdecznie powodzenia, stanęłam grzecznie prawie na samym końcu i zaczęłam modlić się o to, bym przeżyła to spotkanie z lodowatą wodą – dosłownie. Ta chwila ciszy, takiej tylko dla mnie, to zawsze przed każdym startem moje najlepsze źródło ukojenia i pocieszenia. Nie chciałam kończyć (cyt.) swojego żywota na zawodach w Olsztynie w Jeziorze Ukiel.
Godz. 12:00

Poszli!!!

Oszczędzę większych opisów startu, bo nie ma to sensu, ale skupię się na tym, co było dla mnie najważniejsze.

Podczas pływania: miałam w głowie wszystkie wskazówki, jakie otrzymywałam przez ostatnie ponad pół roku. Efekt? Czułam się lepiej, przyspieszałam, byłam pewniejsza siebie. Czułam się jak zawodnik pewny siebie!

Rower: podobnie. Tysiące wskazówek w głowie, do których się stosowałam, motywacja maksymalna – w końcu nie miałam poczucia, że jechałam na triathlonie rekreacyjnie na rowerze zwiedzając nowe miasto. Przecież to nie na tym polega…. A mimo to jakoś zawsze byłam turystą, który wyszedł z wody, a zaraz pójdzie się przetruchtać. Masakra. 🙂 Tegoroczną zimę przepracowałam zdecydowanie mocniej niż wcześniejsze, dlatego motywowały mnie urywki zimowych wieczorów na trenażerze w małym pokoju, ja spocona, okno otwarte, pot się leje, a tu trzeba jeszcze dużo pokręcić. Ale było warto! Właśnie dla takich chwil. Całe szczęście tym razem mogę śmiało powiedzieć: dałam z siebie wsz…. no, dużo. 🙂 Jak zwykle z perspektywy czasu stwierdzam: mogłam dać z siebie więcej. 😉

Bieganie: mój konik! Love it! Mądry, rozsądny, praktycznie ciągle w stałym tempie bieg. Średnia wyszła taka, że urwałam z życiówki na 10 km 12 sekund. 😉 Mimo to w głowie wciąż wskazówki biegowe, które otrzymywałam przez ostatnie przynajmniej pół roku, były obecne w mojej głowie. Na podbiegach, zbiegach, na prostej… Leciałam pełna rezerw psychicznych, mega motywacji i ogromnie cieszy mnie fakt, że dystans biegowy 10 km stał się dla mnie dystansem szybkim, jak na moje: sprinterskim. Bo nie ma czasu się obijać, trzeba zap…BIEEEC, MOCNO, SZYBKO, po prostu GONIĆ!!! 🙂

Efekt? Taki:

18446796_1556104704414211_8906373889589838178_n
fot. Dariusz Drapella
18556418_1556104977747517_4246254945999002735_n
fot. Dariusz Drapella

18555004_1556601524364529_920370981_n

 

 

Dowiedziałam się, że jestem 7 kobietą Open, 2 w kategorii 25-29. Moja twarz zaczęła żyć własnym życiem, a ja zostałam nazwana Najszczęśliwszą trajlonistką Elementala (dziękuję Marta, trafiło to we mnie :))

Tak więc następnym razem i Ty zadaj sobie pytanie:

pokonać siebie? Lecieć na złamanie karku, walcząc z maksymalnym tętnem, by urwać 2.1 sekundy stracone na tym, że zegarek splątał się pod pianką, myśląc o tym, czy po jechaniu w trupa na rowerze podczas etapu biegowego zemdleję na 2 czy na 9.5 km? Nie licząc się z tym, że tyle miesięcy przygotowań trenowało się technikę, spokojne treningi strefowe, zapominając o wszelkich wskazówkach, bo przecież nie ma czasu myśleć, lecę w trupa? Że to wszystko nieważne, byle ukończyć?

Czy poznać siebie? Pozwolić uwolnić z siebie te pokłady marzeń, motywacji, wykorzystując całe zebrane doświadczenie z treningów, by móc wykorzystać podczas zawodów i mieć z tego satysfakcję, że mądrze poprowadziłem/-łam start, zgdonie z tym, na ile jestem wytrenowany/wytrenowana? A na mecie siebie zadziwić i pytać skąd ja coś takiego potrafię?

Ja wybrałam drugą opcję, totalnie nieświadomie! Oczywiście nie wyklucza ona elementu rywalizacji. Pomiędzy tymi pytaniami jest malutka różnica, ale jest. I ja ją właśnie wczoraj odkryłam. 🙂 Polecam Wam również!

A jaka jest odpowiedź na to, jaka jestem? Przed startem jak mysz z pełnymi gaciami, która najchętniej schowałaby się w norze, ale po sygnale startu zamieniam się w walecznego trajlonistę. 😉 Zacytuję również jednego z zawodników, którego mijałam na trasie biegowej, bo jego słowa podbudowały mnie maksymalnie (jeśli to czytasz: serdecznie pozdrawiam i dzięki za te słowa!) – były 4 pętle po 2.5 km, więc był czas do zapoznania się z zawodnikami na trasie, widocznie musiałam go zdążyć zdublować, to była moja 4 pętla, a jego 3:

-Ale Ty jesteś uparta dziewczyna!!!
-…a jaak!!! 😉

A na koniec („ostatni będą pierwszymi”!) chcę podziękować wszystkim, którzy mi kibicowali! Każde „Magda!” wykrzyknięte na trasie trafiało do mojego ucha i dodawało mi świeżości, i uśmiechu w tym całym skupieniu. Dziękuję!

18492503_1555736907784324_1464588831_n
fot. Dariusz Drapella

Dodaj komentarz